I jeszcze jedna wypowiedź tego samego autora z onetu:
~Walic w Tuska do
~celtic12:
BAŚŃ O DOBRYM DONALDZIE I ZŁYM JAROSŁAWIE
Cytat;
"Opowiem wam bajkę, jak kot palił fajkę.
Za
górami, za lasami, na wschodniej rubieży Europy Środkowej, była
sobie spowita oparem absurdu kraina ciemnego luda.
Po
zakończeniu wojny, jaką wydał światu pewien malarz, w krainie
ciemnego luda przez pięćdziesiąt lat panoszyła się czerwona
zaraza, czyli zaprzedana Moskwie czereda złodziei, rzezimieszków i
morderców, którzy ciemiężyli tubylców rabując, co i gdzie się
dało. A ciemny lud musiał siedzieć cicho bo wszędzie byli
szpicle, szalała cenzura, a jak było trzeba milicja pałowała
ludzi, zamykała do więzień, a nie rzadko zabijała skrycie.
Aż
się w końcu ciemny lud zbuntował i założył „Solidarność”.
A że było ich dziesięć milionów, przebiegli namiestnicy Moskwy
wzięli buntowników pod bajer, że się z nimi podzielą
sprawiedliwie władzą. Łatwowierni orędownicy gminu zasiedli do
rozmów przy okrągłym stole z zawodową gwardią czerwonych
szulerów.
Na pozór wszystko szło jak po maśle i zniewolony
lud był krok od wolności. Lecz do stołu dosiadło się czterech
zaprzedanych komunie judaszowych zdrajców. Byli to uczniowie
lewackiego mędrca niejakiego Sartre’a. Tę bandę czworga
tworzyli: rozdający za darmo zupę harcerz Kuroń, przebiegły
gensek honorowy Geremek, rozmodlony katolik postępowy Mazowiecki i
cwaniak nad cwaniakami, święty guru Michnik. A że mieli góralską
naturę rodem z Góry Synaj łby mieli nie od parady i tak zamącili
ciemnemu ludowi w głowie, że im oddał władzę, którą miał na
widelcu.
W ten oto sposób nad Wisłą zaczęli panować
różowi, nazywani także post-komuną, czyli zgrana szajka
czerwonych kałmuków i wspomnianych już górali. A żeby się
ciemny lud nie skapował co jest grane, po upadku komuny różowi
rozdzielili swoje role. Jedni utworzyli pseudo-prawicowe hufce UD –
UW - PO, drudzy natomiast sformowali „lewicowe”
szwadrony.
Udając przed ciemnym ludem, że się nienawidzą,
te dwa zgrane gangi rzezimieszków przez lata współpracowały ze
sobą rozkradając bezkarnie resztki tego, co jeszcze zostało. A nie
było to trudne, gdyż ich guru, znany miłośnik wody wyskokowej
lubił i umiał wypić. A to z rubasznym bajarzem Wałęsą, którego
ktoś dla żartu zrobił prezydentem, a to z nie wylewającym za
kołnierz błękitnookim Olkiem, który prezydentem został bo mu
Wałęsa zamiast ręki podał nogę, a to z szefem tajnych służb,
bezwzględnym oprawcą Kiszczakiem, czy z kłapouchym Urbanem
trzęsącym mediami. Więc mogli kraść i szabrować ile wlezie.
Aż
pewnego razu powinęła im się noga i nadszedł sądny dla różowej
junty czas sodomy i gomory zwany Czwartą Rzeczpospolitą, w którym
to okresie, post-komuna utraciła władzę na rzecz braci
Kaczyńskich, znanych z napoleońskiego wzrostu jednojajowych
bliźniaków, którzy zaczęli rządzić, o zgrozo! - praworządnie i
sprawiedliwie. Przykładne rządy kaczorów, pod którymi kradzież
była zakazana wpędziły różowych rabusiów w głęboką depresję.
Potwornie się znerwicowali, wychudli, zmarnieli i stracili rezon. A
jeszcze do tego pewien ojciec dyrektor założył w Toruniu wolne
Radio Maryja, które prócz godzinek, od rana do nocy nadawało w
eter, jak różowa pandemia zżera i wyniszcza Polskę.
Wydawało
się przez chwilę, że rodzi się szansa na uczciwie rządzoną
Rzeczpospolitą. Ludzie się zrobili lepsi, mniej pazerni na
pieniądze, bardziej dla siebie mili i życzliwi. Ale nikczemny guru
rezydujący w pałacach przy ulicy Czerskiej bynajmniej nie zsypał
gruszek w popiele. Straszliwie się rozzłościł, ze zgryzoty
poobgryzał paznokcie, od rana do nocy główkował, jeździł po
poradę do moskiewskiego kniazia, aż obmyślił sposób na odbicie
władzy.
Za tak zwane „moskiewskie” pieniądze założył
pralnię mózgów pod szyldem Gazeta Wyborcza. W tej manufakturze od
rana do zmroku tyrały tabuny zaprzedanych mu pachołków umiejących
władać piórem. A że były to same kanalie i szuje, im bardziej
trzeba było łgać, tym chętniej pisali.
Sztuczka z odbiciem
władzy była stosunkowo prosta. Bowiem sprytny guru z Czerskiej
wpadł na chytry pomysł, że jak w Gazecie napisze ciemnemu ludowi,
że stanowi krajową elitę, to ciemny lud nie dość, że tę
brednię na pniu kupi, to jeszcze do tego, by się nie wydało, co
sobą reprezentuje naprawdę, zrobi wszystko, co mu Michnik każe.
W
taki oto sposób powstał w Lechistanie zalatujący tanim pudrem i
oborą różowy salon Trzeciej Rzeczpospolitej, czyli zbieranina
„inteligentów” wykształconych w pierwszym pokoleniu okrzyknięta
krajową elitą.
Przebiegłego guru z Czerskiej wspierała
gwardia zawodowa złożona z trzech doborowych kompanii. Była więc
kompania „autorytetów moralnych”, gdzie wyróżniali się tak
wybitni sztabowcy jak żółwiowato nieśpieszny Tadeusz, filmowy
safanduła Jędrzej, sprośny reżyser Kazimierz, sępio kąśliwy
starzec nazywany dla hecy profesorem, a pod koniec jeszcze do nich
dobił pewien znarowiony klecha z Tygodnika Powszechnego. Każde
przykazanie tych kowali jedynie słusznych myśli salon i jego
wielbiciele przyjmowali jako słowo objawione.
Drugą kompanię
tworzyli ślepo oddani sprawie spin-doktorzy PR, gdzie wyróżniali
się zwerbowani na kolanie chwaccy politrucy: Paradowska,Żakowski,
Wołek, Lis, Miecugow, Markowski, Krzemiński, Czapiński, Kuczyński
i hetman monopolny Palikot. Była to brygada dyżurnych oficerów
wyzutych z resztek poczucia obciachu, zawsze gotowa do usług i
mokrej roboty.
Była też formacja od przekabacania na
lewactwo młodych Lachów i Laszek, gdzie prym wiedli gołowąsy
świrus Kuba Wojewódzki, podstarzali rockmani Hołdys i jego
rówieśnik Owsiak, a także starsza od ich obu na raz wokalistka
Kora z utapirowanym pudelkiem na ręku maskującym partactwo
chirurgów plastycznych.
Naczelnym zadaniem gwardii zauszników
oddanego Moskwie guru z Czerskiej było przekonanie aspirujących do
elity o palącej potrzebie zrobienia rewolty mającej raz na zawsze
odsunąć znienawidzonych Kaczorów od władzy. Kopano więc pod
bliźniakami dołki, sypano im piasek w szprychy, zbierano na nich
haki, podkradano im samolot, w Brukseli zwędzono im krzesło, łapano
ich za każde słowo, robiono im paskudne fotki, w telewizji po sto
razy dziennie pokazywano rozwiązanego buta, aż kaczor Jarosław
miał już tego dosyć i oddał namolnym łapserdakom władzę.
I
wtedy nad Wisłą zdarzyły się dziwy nad dziwami. Bowiem nie
cierpiący kaczorów salon nakazał aspirantom do krajowych elit
zagłosować na Platformę i wybrać premierem też kaczora tyle, że
tym razem Donalda vel Tuska. Nad Wisłą nastał rajski czas wiecznie
zielonej wyspy wiekuistej szczęśliwości. Po objęciu władzy dobry
kaczor Donald ogłosił swoim wyborcom, że stanowią krajową elitę,
co im do reszty odebrało rozum. Potem zapowiedział cuda, w które
ci kretyni oczywiście uwierzyli. Następnie wybrał się w podróż
za wodę do krainy Indian, gdzie przebrany w pocieszną czapeczkę
uszatkę ogłosił się słońcem Peru.
W międzyczasie salon
rozpuszczał po kraju horrendalne wieści, że zły kaczor Jarosław
to opętany przez diabła ludojad, który na śniadanie zżera na
surowo niemowlęta, a na obiad przypiekane na rożnie dziewice. A
spin-doktorzy PR od rana do nocy straszyli nowobogackie "elity",
że jak tylko ten wstrętny Belzebub znowu dorwie się do władzy,
rozgada wszystkim dookoła o ich rzeczywistym rodowodzie.
Ze
strachu, że ich przeklęty Jarosław może zdemaskować, wielbiciele
Donalda dawali sobie wcisnąć praktycznie każdą ciemnotę, co ich
całkowicie zwolniło z potrzeby myślenia. W efekcie ich rozum
zaczął gwałtownie zanikać, ewoluując wstecznie od form mózgu
resztkowego do bliskiej debilnego absolutu postaci całkowicie
odmóżdżonej.
Na zielonej wyspie zapanował nastrój błogiej
i bezkarnej beztroski. Salon żywił się przeświadczeniem o własnej
doskonałości, bezgranicznym uwielbieniem Słońca Peru, polityką
miłości i tańcami na lodzie, a głosujące jak maszynka za
błogosławionym Donaldem „elity”, wzorem wiecznie naćpanych
niedźwiadków Coala, pogrążyły się w beztroskim błogostanie
wegetując podług biorytmu: „ranna kupa – południowa kawa w
mieście – papu – szkiełko kontaktowe – siusiu – lulu”. Do
szczęścia zaś starczało im przeświadczenie, że „zawsze wiedzą
lepiej”.
Jednak solą w oku post-komuny był wciąż
pełniący funkcję Prezydenta bliźniaczy brat Belzebuba Jarosława
Lech. Los się jednak uśmiechnął do różowej szajki i Lech zginął
pod Smoleńskiem w katastrofie samolotu, który według rzeczoznawców
rosyjskiego kniazia, którym Donald bez zmrużenia oka oddał
śledztwo, samolot pilotował namówiony przez Prezydenta pijany
polski generał. Odbyły się uroczystości pogrzebowe, na których
przed południem zausznicy rządu lali krokodyle łzy na trumny, by
wieczorem w telewizji tłumaczyć ciemnemu ludowi, że to nierozważny
Lech Kaczyński spowodował katastrofę.
Kiedy już miał
wszystko posprzątane, Donald mógł się oddać ulubionemu zajęciu,
czyli graniu w gałę. Grał od rana do nocy, a w przerwach między
treningami pożyczał na prawo i lewo pieniądze pogrążając
Państwo w horrendalnych długach.
I wtedy zamarzył o roli
Generalissimusa. Żeby zdobyć trochę kasy zlikwidował armię.
Zdeptał wszelkie obyczaje. W dążeniu do pełnej władzy wyzbył
się poczucia wstydu. Wprowadził prawo dżungli działające na
zasadzie kto silniejszy, ten lepszy - cham chama chamem pogania –
wszystkie chwyty dozwolone. Zaniechał reform by się przypodobać
tłuszczy. Dokonał skoku na emerytury. Od kaczora Jarosława, który
został szefem opozycji zażądał badań psychiatrycznych. A resztkę
przyzwoitych ludzi jacy jeszcze się ostali wyśmiewał i przezywał
moherowymi beretami.
Potem wziął naród za mordę i
strasznie się zmienił na gorsze. Byle tylko rządzić. Zagarnąć
jak najwięcej pod siebie. Obsadzić przyczółki i wyrżnąć
niewygodnych, choćby byli genialnymi fachowcami.
A jak tylko
ktoś się skrzywił, straszył Belzebubem Jarosławem, który marzy
o weryfikacji elit. I cały elektorat Platformy kładł uszy po sobie
byle tylko utrzymać tę partię przy władzy.
Pachołkowie
Donalda kradli jak najęci. A kiedy się wydała afera zwana
hazardową, znów poszczuł ludzi czartem Jarosławem i choć byli
świadkowie, a poseł Sekuła ogłaszając raport mówił do pustych
krzeseł, dano przyzwolenie na werdykt, że takowej afery nie
było.
Donaldowi kompletnie odbiło. Stał się bezczelny i
butny, w sejmie wrzeszczał na posłów, stroił głupie miny, a jak
się ludzie zaczęli użalać, obraził się na naród i ciągle się
chował po kątach. A jak wybuchały kolejne złodziejskie afery,
wyręczał się szrekokształtnym ogrem, którego mianował
rzecznikiem rządowym, a ten zuchwały dziwotwór przypominający
skrzyżowanie małpoluda z Szwejkiem, z rękami w kieszeniach szydził
z dziennikarzy i obrażał ludzi. Żeby ludziom zamknąć gęby i
ukrócić wzajemne kontakty, Donald razem z nowym Prezydentem
wprowadzili dekrety o tajności informacji, o kontroli zgromadzeń, a
także o stanie wojennym albo chociaż wyjątkowym.
Zdawało
się, że w Lechistanie zapanował kult jednostki Donalda pierwszego
i ostatniego, na którego nie ma rady.
Opozycja desperacko
opuszczała ręce, miliony ludzi poczuły się intruzami we własnej
ojczyźnie. Zdawało się, że to już koniec tysiącletniej historii
Rzeczpospolitej. Powiało grozą i psy się rozwyły.
Bezwzględny
imperator Donald już witał się z gąską, bo do złapania narodu
za mordę brakowało mu tylko kontroli nad Internetem. Ale na
szczęście dla Polski kompletnie zapomniał, że w międzyczasie
wyrosło nowe pokolenie młodych ludzi, którym głęboko wiszą
waśni między kaczorem Donaldem i kaczorem Jarosławem.
A
kiedy Donald zdecydował, że bez pytania poddanych o zgodę, pod
osłoną nocy, podpisze cichcem ACTA by położyć łapę na
Internet, nadział się na kontrę setek tysięcy młodych Polek i
Polaków, którzy mu zablokowali serwer, po czym wyszli na ulicę w
proteście przeciwko rządowi. A gdy ich chciał podebrać na swój
stary numer i postraszyć ludojadem Jarosławem pokazali frajerowi,
gdzie się zgina mandolina.
W tym miejscu kończy się bajka,
a zaczyna tok wydarzeń rzeczywistych. Koniec dopisze życie. Lecz
już widać, że się w Polsce rozpoczęła pokoleniowa rewolucja
młodych ludzi, którzy w przeciwieństwie do rządzących Polską
zgredów stukających w klawiaturę jednym palcem, piszą na
komputerze z zamkniętymi oczami, jak Halina Czerny-Stefańska na
Steinwayu.
Bóg się nad nami zlitował. To do nich będzie
teraz należała Polska.
Mówicie, że to niemożliwe?
Możliwe, odpowiadam. Bo świetnie pamiętam jak w roku 1968
wystarczyła nam studentom jedna mała iskra, żeby zmienić Polskę,
choć nadzieja była jeszcze mniejsza.
Wszyscy pamiętamy jak pan Tusk przemawiał do Polaków i mówił, że jak ktoś w rządzie PO, choćby tylko pomyśli o podwyżce podatków, to on Tusk, osobiście go z rządu wyrzuci.
Lista zasług Donka jest długa i każdy powinien mieć szanse ją zobaczyć:
2012:
podpisanie ACTA
podarowanie 6 mld EURO na ratowanie Grecji i ich 3x większych od naszych emerytur
2011:
podwyżka podatku VAT
podwyżka podatku CIT
podwyżka AKCYZY
podwyżka podatku od ciężarówek
podwyżka opłaty klimatycznej
podwyżka składki rentowej
podwyżka wieku emerytalnego
podwyżka podatku gruntowego
podwyżka opłaty targowej
podatek od miedzi
akcyza na węgiel
likwidacja dopłat za leki na receptę
likwidacja ulg (jak na internet, rodzinne, na edukacje i kursy, przedsiębiorcze)
2010:
-podniesienie podatku VAT,
-podniesienie podatku CIT,
-podniesienie akcyzy
-wprowadzenie e-myta
-podatek pielęgnacyjny, 1 % dochodów brutto,
-podniesienie opłaty rejestracyjnej dla samochodów,
-anulowanie budów połowy autostrad
-totalny chaos z pociągami
-likwidacja ulg na obowiązkowe biokomponenty do paliwa,
-umorzenie miliardowych długów Rosji za gaz (bez powodu, w ramach przyjaźni polsko radzieckiej)
-likwidacja ulg na internet,
-zamrożenie składek do OFE,
-ogołocenie Funduszu Rezerwy Demograficznej
-zatrudnienie ponad 100 tysięcy nowych, zbędnych urzędników
-"kreatywna księgowość", czyli liczenie szarej strefy (to jeszcze niepewne)
-ustawa o zabieraniu dzieci pod BYLE pozorem na wzór Szwecji
-portret prezydenta w każdej ambasadzie (ostatnio było tak za Gierka)
-spotkanie ambasadorów Polski z całego świata z Sikorskim i Ławrowem (byle służby specjalne Rosji, obecnie sprawy zagraniczne) w celu wyznaczenia "wskazówek".
-obłożenie VAT em (najwyższym) kursów kształcących i szkoleń, w tym na prawo jazdy.
-ustawa, mówiąca, ze jeśli jest ryzyko, ze dług przekroczy 55 % wartości PKB, VAT AUTOMATYCZNIE będzie podwyższany, czyli od 2012 VAT 25 %, najwyższy w Europie
-Pożyczka z EBI 2 miliardów Euro. Najwyższa pożyczka, jakiej Europejski Bank Inwestycyjny udzielił od 2004.
-brak JAKICHKOLWIEK uzgodnień w sprawie gazociągu z Rosji do Niemiec. W efekcie, Polscy rybacy jako jedyni nie dostają odszkodowań (Szwedzi i Estończycy dostają równowartość 150 tys złotych każdy).
-zablokowanie możliwości wpływania do portów w CAŁEJ POLSCE statków o zanurzeniu większym niż 7-8m. Statki te kierowane są do Niemiec.
-Umowa na gaz z Rosja, o której Unia Europejska wyraziła się, ze jest skrajnie niekorzystna dla Polski, a w kraju "uzgadniaczom" grozi za nią obecnie Trybunał Stanu.
Za TEN SAM gaz z Rosji Niemcy płaca 20 % mniej, Anglicy 50 % mniej !!!