Jak donoszą media, szef polskiego MSZ Radosław Sikorski nie musi przepraszać polonijnego biznesmena Jana Kobylańskiego, za nazwanie go "antysemitą i typem spod ciemnej gwiazdy". Sąd w Warszawie właśnie oddalił pozew wobec Sikorskiego o naruszenie dóbr osobistych.
Nasuwa się analogia z niesławnym procesem wydawcy Gazety Wyborczej przeciwko Jarosławowi Rymiewiczowi. Spowodowała go wypowiedź Rymkiewicza dla "Gazety Polskiej", gdy
komentując sprawę krzyża przed Pałacem Prezydenckim, mówił: "Polacy,
stając przy nim, mówią, że chcą pozostać Polakami. To właśnie budzi
teraz taką wściekłość, taki gniew, taką nienawiść - na przykład w
redaktorach >>Gazety Wyborczej<<, którzy pragną, żeby Polacy
wreszcie przestali być Polakami". Przypomnijmy, że sąd nakazał wówczas Rymkiewiczowi przeprosiny.
Ale w III RP reguły, według których gramy, są nader elastyczne.
Radosław Sikorski nikogo przepraszać nie musi. Ani za epitety pod adresem Kobylańskiego, ani za złamanie ministerialnej roty i skandaliczną wypowiedź w Berlinie, podważającą polską suwerenność, ani za setki innych, równie kuriozalnych wypowiedzi wygłaszanych jako polski minister opłacany z pieniędzy podatników.
Osobom o szczególnie mocnych nerwach polecam ich lekturę tutaj.
Pokazuje to jasno, jak funkcjonuje w Polsce wolność wypowiedzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz