Szukaj w tym blogu i linkach

poniedziałek, 19 marca 2012

Polacy wracają do Polski. To co właśnie ogłosili statystycy (...) Według danych statystycznych co drugi Polak, który wyjechał za granicę po przystąpieniu Polski do UE, wrócił do kraju. Tylko dla co dziesiątego do powrotu zmusiło bezrobocie panujące w kraju do którego wyjechał - wynika z danych prezentowanych w środę na seminarium Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Warszawie. Jak powiedziała Izabela Grabowska-Lusińska z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego, trwający od kilku lat kryzys gospodarczy spowodował, że mniej Polaków decydowało się na migrację z Polski. Do kraju wróciła połowa z 2,2 mln osób, które wyjechały za granicę po 2004 r., jednak głównie z tego powodu, że planowali to już wyjeżdżając. Z przedstawionych przez nią danych wynika, że kryzys gospodarczy w krajach UE dotknął bardziej imigrantów niż obywateli danego kraju. Nie wszędzie jednak ta zasada się sprawdza. Na przykład w Irlandii i Hiszpanii więcej obywateli tych państw pozostaje bez pracy niż imigrantów. Jak wyjaśniła Grabowska-Lusińska, stało się tak, dlatego że w każdej rozwiniętej gospodarce istnieje segmentowany rynek pracy, tj. istnieje pewna kategoria zawodów, których krajowcy już nie chcą wykonywać przy określonych stawkach wynagrodzenia. Dzięki temu imigranci mogli utrzymać się w krajach, których dotknął nawet ostry kryzys. Zdaje się to potwierdzać fakt, że z 2,2 mln osób, które wyjechały z Polski do pracy za granicą po 2004 r., wróciła mniej więcej połowa, jednak tylko dla co dziesiątego było to związane z utratą pracy za granicą. Z prezentowanych informacji wynika także, że ogólnie w krajach wspólnoty skutki kryzysu bardziej dotknęły pracowników starszych, bardziej wykształconych i wykwalifikowanych. Grabowska-Lusińska zaznaczyła, że Polacy wracają do kraju, bo z góry zakładali, że ich wyjazd będzie czasowy. Najczęściej decydują się na to po dwóch latach i wracają głównie tam, skąd wyjechali. Kryzys gospodarczy spowodował jednak, że Polacy rzadziej decydowali się na wyjazd z kraju. Nie zmieniło tego otwarcie rynków pracy Niemiec i Austrii w maju 2011 r. dla obywateli Polski i siedmiu innych wschodnioeuropejskich krajów UE. Od kwietnia do sierpnia ubiegłego roki zatrudnienie tej grupy migrantów zwiększyło się w Niemczech o niespełna 50 tys. osób, a w Austrii w zasadzie pozostało bez zmian. Wśród krajów, do których Polacy najczęściej wyjeżdżają, nadal dominuje Wielka Brytania; kolejne miejsca zajmują Niemcy i Hiszpania. W latach kryzysu na znaczeniu zyskała Holandia, znacznie straciła natomiast Irlandia. Powrót rodaków z zagranicy powoduje, że w kraju nad Wisłą w lutym wzrosło bezrobocie do 13,5% czyli było wyższe o 0,3% w stosunku do poprzedniego miesiąca. Z danych resortu pracy wynika, że bez pracy w Polsce pozostaje ponad 2 miliony 160 tysięcy osób. Liczba ta w porównaniu z końcem stycznia wzrosła o prawie 50 tysięcy. Dla porównania w Wielkiej Brytanii kraju prawie dwukrotnie liczniejszym niż nasz rodzimy bez pracy pozostaje 2,67 miliona osób. Warto podkreślić, że w zeszłym roku było aż 2,8 miliona bezrobotnych. Według szacunków analityków rynku pracy obecnie czeka nas trudy okres na rynku pracy. Do 2015 roku pojawi się na nim 3,5 mln absolwentów wyższych uczelni i szkół zawodowych. Będzie to ostatnia fala osób z wyżu demograficznego z lat 80. Według danych BAEL w obecnej dekadzie przybędzie tyle etatów, co w latach 2000-2010 - 1,7 mln. W 2020 r. liczba osób w wieku produkcyjnym skurczy się o prawie milion, ale pozostaną po nich w większości miejsca pracy. Będzie ich więc dodatkowo ok. 2,7 mln, czyli tyle, ile dziś brakuje. (informacje24.co.uk)

Dane te nie napawają optymizmem, zwłaszcza w kontekście tuskowych pomysłów podwyższenia wieku emerytalnego. Do grup najbardziej dotkniętych bezrobociem dołączą do osób po 50 roku życie również i ci naiwni, którzy zdecydowali się na powrót do "polskiej Irlandii". Powyższy artykuł do motywów powrotu z emigracji zalicza to, że większość Polaków i tak planowała wyjechać na 2 -3 lata. Ale ilu jest takich, którzy uwierzyli w bajki o poprawie polskiej sytuacji na rynku pracy i wrócili do Polski tylko po to, aby po kilku miesiącach bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia wrócić do starego, dobrego zmywaka w Ealing?
Średnie zarobki w Wielkiej Brytanii pozwalają bowiem nadal na wynajem mieszkania i godne życie w przeciwieństwie do Polski, gdzie osoby nie należące do kasty "salonu" z trudem wiążą koniec z końcem.

Inny powód emigracji Polaków, o którym rzadziej się wspomina, to ogólna jakość życia społecznego na Zachodzie. Nie mam tu na myśli warunków finansowych, a raczej o wiele wyższy poziom relacji międzyludzkich.
Podam przykład: wczoraj wybrałem się z rodziną na miejski basen. Na pobliskim parkingu opłata, około £1 za dwie godziny, którą uiściłem. Pechowo po dwóch godzinach taplania się w wodzie z moją żoną i pięcioletnią latoroślą, przy kasie - problem. Terminal do kart płatniczych nie działa tak, jak powinien. Zwiększa się kolejka, mija czas. Nerwowo zerkam na zegarek mając na względzie opłatę za parking, która właśnie się kończy. Nareszcie sukces, płacę za basen i wybiegam na parking, gdzie już z daleka widzę charakterystyczną, żółtą karteczkę na przedniej szybie. Mandat. Pospiesznie otwieram, czytam i ... szlag mnie trafia! Kara za przekroczenie czasu parkowania o 3 minuty wynosi ... £100! Dla wielu dwa dni pracy! Nie daję za wygraną i wyskakuję z auta, aby znaleźć parkingowego - musi przecież być niedaleko skoro mandat wystawiono 3 minuty temu. Po chwili dostrzegam osobnika w jaskrawo niebieskim uniformie na drugim końcu parkingu. Puszczam się galopem w jego stronę, budując w myślach plan ataku: "Przecież tylko 3 minuty!",  "Skandal!",  "Recesja!",  "£100!". Osobnik widzi mnie i przestraszony moim słowiańskim animuszem, tudzież wzrostem (prawie 2m), cofa się o parę kroków. Zaczynam rozmowę, tłumaczę, że kasa na basenie zepsuta, że nie chciałem, że zawsze płacę! Osobnik wysłuchuje mnie z angielską flegmą, po czym spokojnie cedzi: "No problem, sir." Każe mi kupić kolejny bilet parkingowy za £1 i drze żółtą karteczkę na drobne kawałki. "Have a nice day!".
Niby nic, niby tak właśnie powinni zachowywać się normalni, cywilizowani ludzie. Jednak ja, doświadczony wielokrotnie pyskówkami i chamstwem większości polskich urzędników, sprzedawców i parkingowych, po prostu nie mogę ochłonąć! W końcu rewanżuję się parkingowemu życzeniami udanego dnia i dziękuję za wyrozumiałość. I wreszcie ogarnia mnie spokój. Przecież jestem w Anglii. A tu firmy parkingowe traktują człowieka jak klienta a nie petenta. I wiedzą, że od dziś zawsze ale to zawsze, choćby nie wiem co, będę płacił za parking jak należy i koniec końców lekcja, jakiej mi udzielono, przyniesie im więcej korzyści niż stówa mandatu i rozsierdzony klient. Bo parkingi są tu dla ludzi, a nie odwrotnie.

Kiedyś warunki ekonomiczne w Polsce polepszą się na prawdę, a nie tylko jako platformerski PR. Oby wtedy, gdy faktycznie zaczną się powroty do kraju, to obywatelskie wychowanie naszych emigrantów zaowocowało podobnymi relacjami między ludźmi.

1 komentarz:

  1. w pelni popieram. w UK nadal zyje sie lepiej i ludzie lepiej nastawieni. na razie porotu nie planuje

    OdpowiedzUsuń