Dane te nie napawają optymizmem, zwłaszcza w kontekście tuskowych pomysłów podwyższenia wieku emerytalnego. Do grup najbardziej dotkniętych bezrobociem dołączą do osób po 50 roku życie również i ci naiwni, którzy zdecydowali się na powrót do "polskiej Irlandii". Powyższy artykuł do motywów powrotu z emigracji zalicza to, że większość Polaków i tak planowała wyjechać na 2 -3 lata. Ale ilu jest takich, którzy uwierzyli w bajki o poprawie polskiej sytuacji na rynku pracy i wrócili do Polski tylko po to, aby po kilku miesiącach bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia wrócić do starego, dobrego zmywaka w Ealing?
Średnie zarobki w Wielkiej Brytanii pozwalają bowiem nadal na wynajem mieszkania i godne życie w przeciwieństwie do Polski, gdzie osoby nie należące do kasty "salonu" z trudem wiążą koniec z końcem.
Inny powód emigracji Polaków, o którym rzadziej się wspomina, to ogólna jakość życia społecznego na Zachodzie. Nie mam tu na myśli warunków finansowych, a raczej o wiele wyższy poziom relacji międzyludzkich.
Podam przykład: wczoraj wybrałem się z rodziną na miejski basen. Na pobliskim parkingu opłata, około £1 za dwie godziny, którą uiściłem. Pechowo po dwóch godzinach taplania się w wodzie z moją żoną i pięcioletnią latoroślą, przy kasie - problem. Terminal do kart płatniczych nie działa tak, jak powinien. Zwiększa się kolejka, mija czas. Nerwowo zerkam na zegarek mając na względzie opłatę za parking, która właśnie się kończy. Nareszcie sukces, płacę za basen i wybiegam na parking, gdzie już z daleka widzę charakterystyczną, żółtą karteczkę na przedniej szybie. Mandat. Pospiesznie otwieram, czytam i ... szlag mnie trafia! Kara za przekroczenie czasu parkowania o 3 minuty wynosi ... £100! Dla wielu dwa dni pracy! Nie daję za wygraną i wyskakuję z auta, aby znaleźć parkingowego - musi przecież być niedaleko skoro mandat wystawiono 3 minuty temu. Po chwili dostrzegam osobnika w jaskrawo niebieskim uniformie na drugim końcu parkingu. Puszczam się galopem w jego stronę, budując w myślach plan ataku: "Przecież tylko 3 minuty!", "Skandal!", "Recesja!", "£100!". Osobnik widzi mnie i przestraszony moim słowiańskim animuszem, tudzież wzrostem (prawie 2m), cofa się o parę kroków. Zaczynam rozmowę, tłumaczę, że kasa na basenie zepsuta, że nie chciałem, że zawsze płacę! Osobnik wysłuchuje mnie z angielską flegmą, po czym spokojnie cedzi: "No problem, sir." Każe mi kupić kolejny bilet parkingowy za £1 i drze żółtą karteczkę na drobne kawałki. "Have a nice day!".
Niby nic, niby tak właśnie powinni zachowywać się normalni, cywilizowani ludzie. Jednak ja, doświadczony wielokrotnie pyskówkami i chamstwem większości polskich urzędników, sprzedawców i parkingowych, po prostu nie mogę ochłonąć! W końcu rewanżuję się parkingowemu życzeniami udanego dnia i dziękuję za wyrozumiałość. I wreszcie ogarnia mnie spokój. Przecież jestem w Anglii. A tu firmy parkingowe traktują człowieka jak klienta a nie petenta. I wiedzą, że od dziś zawsze ale to zawsze, choćby nie wiem co, będę płacił za parking jak należy i koniec końców lekcja, jakiej mi udzielono, przyniesie im więcej korzyści niż stówa mandatu i rozsierdzony klient. Bo parkingi są tu dla ludzi, a nie odwrotnie.
Kiedyś warunki ekonomiczne w Polsce polepszą się na prawdę, a nie tylko jako platformerski PR. Oby wtedy, gdy faktycznie zaczną się powroty do kraju, to obywatelskie wychowanie naszych emigrantów zaowocowało podobnymi relacjami między ludźmi.
w pelni popieram. w UK nadal zyje sie lepiej i ludzie lepiej nastawieni. na razie porotu nie planuje
OdpowiedzUsuń